Tajfun: Na tropie Skorpiona

Niebagatelna rola, którą w kształtowaniu gustów nieco bardziej wiekowych komiksiarzy odegrał „Świat Młodych” to truizm, wobec którego raczej trudno byłoby zgłaszać obiekcje. Również z tego względu, że na łamach wspomnianej gazety „udzielał” się jeden z najpopularniejszych bohaterów rodzimego komiksu science-fiction.
Tajfun – bo o nim właśnie mowa – w świetlanych czasach swej kariery zmuszony był zmagać się m.in. z rasą pozaziemskich istot zwanych Muunami („Zagadka Układu C-2”), wspieraną przez wpływowych notabli organizacją przestępczą („Afera Bradleya”), a także owładniętym furią niszczenia pozaziemskim gigantem (“Monstrum”). Trzeci tom perypetii rezolutnego agenta stawia zarówno rzeczonego jak i jego urocze towarzyski – Kriss i Maar – przed nieco bliższym naszej rzeczywistości problemem. Bowiem „Na tropie Skorpiona” otwiera scena ataku oddziału terrorystów na jedną z tajnych baz usytuowaną gdzieś pośród bezmiarów Pacyfiku. Napastnicy okazują się wyjątkowo skuteczni i stąd też bez większego trudu udaje im się rozprawić z ochroną strzeżonej placówki, a przy okazji przejąć przechowywany w jej bunkrach ładunek wybuchowy o znacznej mocy destrukcyjnej. Siły bezpieczeństwa całego świata zostają postawione w stan pełnej gotowości. Zwłaszcza, że trudno przewidzieć gdzie tym razem nastąpi uderzenie „Skorpiona”, organizacji odpowiedzialnej za ów brawurowy atak. Zagrożenie jest na tyle poważne, że do jego zażegnania zostaje zaangażowany cieszący się w pełni zasłużoną renomą Tajfun.

Niniejszy epizod jego przypadków to prawdopodobnie najbardziej udana część cyklu publikowanego w „Świecie Młodych”. I to zarówno pod względem graficznym jak i fabularnym. Ogólnie korzystnych odczuć z lektury nie psują nawet okazjonalne „dziury” w logice opowieści i chyba nieszczególnie przemyślany finał. Autor zadbał jednak o szybkie tempo akcji obfitującej w szereg karkołomnych wyzwań. Przy czym Tajfun radzi sobie nie gorzej od czołowych bohaterów rodem zza „żelaznej kurtyny”. I chociaż trudno nie dostrzec warsztatowych archaizmów (zwłaszcza, że „Na tropie Skorpiona” miało swoją premierę jesienią 1987 r.), to zarówno charyzma głównego bohatera jak i przewodnia intryga sprawiają, że także współcześnie rzecz z powodzeniem odnajduje się wśród tytułów o zacięciu sensacyjnym.

Natomiast równie niełatwo opędzić się od poczucia dysonansu w kontekście ujmowania obecnego tu świata przedstawionego w porównaniu z pozostałymi częściami cyklu. Bo przecież w „Zagadce Układu C-2” mamy do czynienia z zaawansowana technologicznie ludzkością, której przedstawiciele są w stanie eksploatować odległe systemy planetarne wchodząc równocześnie w interakcje z wrażo usposobionymi kosmitami. Również w „Aferze Bradleya” Ziemianie dysponują technologią, za sprawą której z łatwością przemieszczają się poza macierzysty Układ Słoneczny, a pośród strzelistych drapaczy chmur przemieszczają się lewitujące „auta”. Tymczasem „Na tropie…” przenosi nas w realia niemal współczesne dwudziestowiecznym, co przejawia się zarówno pod względem strojów, pojazdów jak i ogólnego otoczenia. Mało tego! Antagoniści Tajfuna nie wahają się korzystać z tak archaicznej broni jak łuk. Nawet początkowa scena zdająca się nawiązywać klimatem do poprzednich części (androidy, broń laserowa etc.) nie zmienia poczucia „wylądowania” w czymś na kształt swoistego skansenu. Skąd wynikł ten nagły zwrot autora? Czyżby Tadeusz Raczkiewicz poczuł znużenie konwencją science fiction? Jest to o tyle prawdopodobne, że akcja jego poprzedniego komiksu – „Tajemnicy Kamiennego Lasu” (zrealizowanego według scenariusza Piotra Ponaczewnego) – również rozgrywała się w sztafażu konwencji fantastycznej. Być może pewnego dnia wspomniany twórca zechce ustosunkować się do tej wątpliwości. Zwłaszcza, że zwykł on całkiem często bywać na komiksowych konwentach.

Podobnie jak w poprzednim tomie („Afera Bradleya”) również i tym razem przyjaciółki Tajfuna sprowadzono do rangi urokliwego tła. Charyzma głównego bohatera ponownie okazuje się na tyle ekspansywna, że czytelniczą uwagę zawłaszcza on niemal w całości. Zabrakło także miejsca dla pełnowymiarowego adwersarza; bo pomijając całkiem liczną hanzę drabów trudno mówić o przeciwniku z prawdziwego zdarzenia. Tym samym „Skorpion” jawi się jako zbieranina osobników kierujących się kompletnie niejasnymi motywami. Z kim i o co walczą przedstawiciele tej organizacji – tego nie dowiemy się z kart tegoż komiksu. A to niestety znaczny mankament niniejszej fabuły, która w przepadku solidniejszego dopracowania wspomnianego wątku z pewnością zyskałaby na swej jakości. Swoją drogą piszącego te słowa niezmiennie intryguje problem jakim to cudem Tajfun zdołał upchnąć w zdawałoby się niepozornym garniturku ogrom gadżetów – m. in. „drobiazg” tego sortu co nunczako… Fenomen zaiste fascynujący sam w sobie.

Warstwę ilustracyjną znamionuje przypisywany Raczkiewiczowi kontrast pomiędzy fragmentami graficznie wręcz dopieszczonymi, a planszami znamionującymi ślady realizacyjnego pośpiechu. Bez względu na skalę dopracowania poszczególnych detali autor wielokrotnie daje dowód bogatej wyobraźni przestrzennej z brawurą komponując tętniące dynamiką kadry. Zbliżone rozwiązania widywano w polskim komiksie co najwyżej incydentalnie (np. w twórczości Bogusława Polcha i ewentualnie Jerzego Wróblewskiego), a w „Świecie Młodych” jedynie w przypadku zachodnich przedruków (m.in. fragmentów przygód Luca Orienta). Stąd też nie dziwi entuzjazm z jakim czytelnicy tej zasłużonej gazety odnosili się wobec dokonań Tadeusza Raczkiewicza. Oryginalne ujmowanie onomatopei, przekonujące projekty ekwipunku, odwaga kompozycyjna – to tylko niektóre spośród elementów składających się na zjawiskowość warsztatu gubińskiego twórcy.

Równocześnie wypada dodać, że podobnie jak w przypadku równocześnie opublikowanego wydania albumowego „Monstrum”, także na „Na tropie Skorpiona” doczekało się nowej edycji za sprawą odzyskania przez Mirosława Sobieckiego oryginalnych plansz obu tytułów. Tym samym zarówno nowi jak i dawni czytelnicy zyskali sposobność podziwiania tej części dorobku Tadeusza Raczkiewicza w oryginalnych kolorach (zbiorcze wydanie Mandragory lepiej pominąć milczeniem). Wyjątkowo fortunny zbieg okoliczności. Zwłaszcza dla wielbicieli klasyki polskiego komiksu. Co tu kryć – aż się prosi o reedycję w tej samej formule pierwszych dwóch tomów cyklu. Szkoda tylko, że akurat w tym przypadku raczej trudno łudzić się co do szans odnalezienia materiałów oryginalnych…

Autorstwo: Przemysław Mazur
Źródło: Mezotyda.blogspot.com

Nota bibliograficzna

„Tajfun”: “Na tropie Skorpiona”, tekst i rysunki: Tadeusz Raczkiewicz, wydawca: Ongrys, format: 21,5 x 29 cm, data wydania: maj 2012 r., objętość: 48 strony, cena: 35 zł. Komiks pierwotnie opublikowano na łamach „Świata Młodych” jesienią 1987 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *